Goy po wojnie

Pewnego dnia późnym wieczorem, krótko po zakończeniu wojny, gdy Gellért wraz z żoną wrócili z teatru i ledwie zdążyli zdjąć płaszcze, kurier zapukał do ich drzwi. Przyniósł przesyłkę. Nadawcą była Compania Sudamericana Biro. Wewnątrz był długopis „Birome”. Pomny wcześniejszej współpracy, Gellért poczuł się zobowiązany do pokazania go Goyowi, który dokładnie go obejrzał. Był wykonany z plastiku – zauważył. Następnie zwrócił uwagę na końcówkę piszącą. To jest moje rozwiązanie z 1938 roku – stwierdził. Końcówka łączyła się z miedzianym wkładem. To nie żadna nowość – powiedział. Takie rozwiązanie stosowała przed wojną firma Evelco. Następnie wyjął swój notatnik i napisał kilka słów. Tylko tusz jest tu nowością – dodał. A poza tym wszystko inne w tym „Birome” jest identyczne z długopisem, do którego mam prawa na Węgrzech i w 14-tu innych krajach, co jest zgodne z naszym kontraktem z 1938 roku. Goy zwrócił się do Gellerta, by skontaktował się z Bíró i poprosił go o wysłanie receptury na tusz. Gellért spełnił jego prośbę, ale Bíró nie zgodził się na jej ujawnienie. Co więcej, w swoich pamiętnikach nie wspomina on również, kiedy i jak osiągnął końcowy rezultat. Goy był bardzo rozczarowany, że Bíró nie zgodził się na ujawnienie formuły tuszu, chociaż był to jego obowiązek, wynikający z kontraktu jaki podpisał i na co wziął zaliczkę.

W pierwszych latach powojennych Goy pracował nad nową prasą drukarską. Niestety realia tamtych czasów nie sprzyjały tego typu przedsięwzięciom. W 1947 roku postanowił zaprzestać tych eksperymentów i skupić się na długopisie. Przejrzał dokładnie swoje zapasy i znalazł parę metalowych kulek o średnicy 1 milimetra oraz kilka tuzinów końcówek, które sam wyprodukował na tokarce. Było to jeszcze w 1938 roku. Produkcją korpusów długopisu miał zająć się Gyula Kovács, mechanik precyzyjny. Przekonał on Goya, że metalowa obudowa będzie trwalsza i tańsza niż plastikowa. Tusz sprowadzono ze szwajcarskiej firmy Ciba. Węgierskie przedsiębiorstwo importowe pomogło w zakupie odpowiedniej jego ilości.

Pierwsze egzemplarze działały bez zarzutu. Pisały gładko i nie przerywały. Jedyne co pozostało do ustalenia, to jego nazwa. Goy miał trochę za złe Bíró, że nazwał pierwszy długopis swoim nazwiskiem i postąpił podobnie. Nazwał swój – „Gopen”. Zawierał on w sobie dwa angielskie wyrazy „go” i „pen” i nawiązywał do jego nazwiska „Goy”, ale też do węgierskiego słowa „golyo”, które oznaczało kulkę.

Długopis sprzedawał się bardzo dobrze. Jednak powojenne trudności wkrótce dały znać o sobie. Pojawiły się kłopoty z zaopatrzeniem. Międzynarodowe kontakty handlowe były utrudnione. Płynna produkcja stała się problemem. Pojawiły się trudności z pozyskaniem miedzianych wkładów do długopisu i tuszu z firmy Ciba. Pewną szansą na poprawę sytuacji była propozycja, jaką złożył Goyowi Gyula Mezei dyrektor firmy József Schuler. Była to w owym czasie największa na Węgrzech firma w branży artykułów piśmiennych. Zaproponował on Goyowi współpracę na zasadzie zatrudnienia na kontrakt. Goy, upewniwszy się, że firma jest zaawansowana pod względem technologicznym, zgodził się. Korzystając z kontaktów tej firmy wykorzystał wizytę na Węgrzech dyrektora firmy transportowej Rhine-Danube. Poprosił go o przekazanie dwóch egzemplarzy długopisu „Gopen” firmie Deutsche Füllhalterwerke. Dawni partnerzy Goya wysoko ocenili jakość tych długopisów. Na razie jednak nie mogło być mowy o podjęciu współpracy, bo całe kierownictwo firmy zostało usunięte ze względu na zaangażowanie w ruch nazistowski. Firmą kierował komisarz rządowy.

To niepowodzenie zostało w pełni zrekompensowane rosnącą sprzedażą długopisu na Węgrzech. Produkcja nie mogła nadążyć za popytem. Goy zasugerował Mezei wprowadzenie trzeciej zmiany. Jednak on nie chciał się na to zgodzić, ale nie dlatego, że nie wierzył w sens tego posunięcia. Stwierdził tylko, że „coś wisi w powietrzu”. Goy nie bardzo to rozumiał. Mógł wznowić prace nad nową prasą drukarską. Rządowe biuro patentowe finansowało je, a koledzy rekomendowali go do najbardziej prestiżowej węgierskiej nagrody – Nagrody Kossuth’a. W takiej sytuacji Goy mógł sobie pozwolić na kupno starego Forda Taurusa, co u schyłku lat 40-tych na Węgrzech było wielkim luksusem.

A jednak! – “Coś wisiało w powietrzu”. 13 października 1949 roku, będąc w biurze, Goy wraz ze swoim wspólnikiem przeglądali korespondencję. O godzinie 9-tej weszło trzech ludzi w skórzanych płaszczach. Jeden z nich wyjął z aktówki oficjalne pismo Rady Ministrów, informujące ich o nacjonalizacji ich firmy. Polecono im opuszczenie biura. Poinformowano też pracowników w warsztacie, że zakład ma nowego właściciela i dyrektora. Goy wyszedł i udał się do swego samochodu. Gdy dochodził do miejsca, w którym był zaparkowany, podszedł do niego jeden z tych ludzi z biura i zastąpił mu drogę. Oświadczył, że samochód, pomimo że stanowił prywatną własność Goya, również został zarekwirowany. Jak później wspominała jego córka, był tak zaszokowany, że do domu przyprowadzili go obcy ludzie.

Goy nie zdawał sobie sprawy, jak szybko postępował proces nacjonalizacji. Próbował skontaktować się z Mezei. Zadzwonił do firmy Schuler, ale nikt nie odbierał telefonu. Jego domowy telefon również milczał. Skontaktował się z przyjacielem Mezei, by dowiedzieć się, że firma József Schuler również została znacjonalizowana mniej więcej w tym samym czasie co firma Goy & Kovalszky. Natomiast Mezei wraz z rodziną opuścił Węgry kilka godzin wcześniej. Produkcja długopisu „Gopen” została przerwana w momencie, gdy firmy kooperujące również zostały znacjonalizowane. Wydawało się więc, że produkcja tego instrumentu na Węgrzech została wstrzymana na zawsze.

Po wywłaszczeniu z własnego zakładu Goy został również pozbawiony w 1952 roku swego domu. Pracował wtedy w różnych firmach państwowych, które czasem zamykano a czasem przekształcano w inne. W nich również koncentrował się na nowej prasie drukarskiej. W 1958 roku prace nad nią były tak zaawansowane, że Goy wraz z trzema innymi osobami został wysłany do Niemiec Zachodnich, by zaprezentować swój wynalazek firmie Adler z Frankfurtu. Jej dyrektorzy byli pod wrażeniem pomysłów Goya i od razu byli gotowi wykorzystać je u siebie. Tak się jednak złożyło, że firma Adler została kupiona przez holding Grundig z Norymbergi. Wiązało się to z wyjazdem do tego miasta. Tamtejsi specjaliści ocenili wynalazek Goya bardzo pozytywnie. Chcieli jednak, przed podjęciem ostatecznej decyzji, przeprowadzić dodatkowe testy. Goy pomógł im w tym i uczestniczył w nich. Po czym udał się do hotelu, by odpocząć. Z półsnu wyrwał go telefon. Dzwonił jego kolega z delegacji – István Halász z węgierskiego biura patentowego. Poinformował go, że dzwoni z firmy Faber-Castell, i że jej przedstawiciele chcieliby zobaczyć się z nim.

Goy nadal miał prawo do produkcji długopisu na Węgrzech i w 14-tu innych krajach Europy. Z kolei firma Faber-Castell produkowała miliony długopisów, od których musiała płacić tantiemy firmie Biropatente ze Szwajcarii. W 1957 roku wypłaciła z tego tytułu 2 miliony marek, a w 1958 roku zapłaciła około 3 milionów. Wykorzystując prawa Goya do długopisu firma Faber-Castell chciała zmniejszyć to obciążenie. Sprawa nie była jednak taka prosta. Dochodzenie swoich praw przez Goya wymagało procesu sądowego. Dodatkowym problemem było to, że właściwie to te prawa miał węgierski rząd, a praktycznie to węgierski urząd patentowy. Na początek ustalono, że Goy skompletuje dokumenty i prześle je do firmy Faber-Castell.

Złe wiadomości czekały na Goya po powrocie z Niemiec. W państwowych zakładach graficznych, w których pracował nad swoim wynalazkiem, oświadczono, że rezygnują z dalszej kontynuacji tego projektu. Goy dostał wypowiedzenie. Nie pozostało więc mu nic innego jak tylko skoncentrować się na długopisie. Zrobił fotokopie wszystkich dokumentów, jakie posiadał, w celu wysłania ich do firmy Faber-Castell. Nie było to jednak takie proste. Na decyzję władz trzeba było długo czekać. Jak długo? Na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć Géza László, dyrektor węgierskiego urzędu patentowego. Wobec faktu, że Goy pozostawał bez pracy, László skontaktował go z dyrektorem spółdzielni produkującej artykuły piśmienne. Był to Endre Káldori. Zatrudnił Goya. Siedziba spółdzielni nie napawała optymizmem. Był to bardzo prymitywny zakład, w którym produkowano tylko końcówki (czubki) długopisów. Resztę sprowadzano z zagranicy. Káldori zapewniał, że już powstaje nowy budynek i wkrótce zostaną sprowadzone nowoczesne maszyny.

Wykorzystał on wiedzę Goya dotyczącą wyboru maszyn. Ostatecznie zdecydowano się zakupić używane maszyny firmy Schneider. Decyzja aprobująca przyszła z ministerstwa po sześciu miesiącach. Przed wyjazdem do Niemiec Goy zapytał László czy podjęto jakieś decyzje dotyczące wywozu dokumentacji długopisu. Niestety sprawa nadal nie była załatwiona. W związku z tym Goy postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Wydobył stary egzemplarz „Gopen”, napełnił go szwajcarskim tuszem i włożył do kieszeni. Na 24 stronach opisał w języku niemieckim historię długopisu na Węgrzech, kładąc szczególny nacisk na kontrakt, który podpisał z Biro. Następnie cały maszynopis włożył do aktówki. Zdawał sobie sprawę, że przewożenie takich dokumentów bez zgody władz jest nielegalne. W przypadku ich odkrycia na granicy uniemożliwiono by mu wyjazd. Miał szczęście. Kontrola graniczna nie była zbyt dokładna.

Goy wspomina w swoich pamiętnikach o tym, jakie wrażenie zrobiła na nim fabryka firmy Schneider. Dwa tuziny automatycznych obrabiarek, ustawionych w dwóch rzędach, precyzyjnie formowały końcówki piszące. Praktycznie bez udziału człowieka. Postęp technologiczny był imponujący. Wcześniej jedną końcówkę piszącą produkowano na tokarce co cztery minuty. Podobnie było na Węgrzech. Obecnie jedna maszyna produkowała 30 sztuk na minutę. A najnowsze były w stanie wyprodukować 60 do 80 sztuk. Pomimo tego dalej nie można zaspokoić popytu. – powiedział Goyowi jego niemiecki gospodarz. To mu ponownie uświadomiło, jak wielkie pieniądze, nawet przy minimalnych tantiemach, przeszły mu koło nosa.

Pod koniec swojej wizyty Węgrzy zdecydowali się na kupno dwóch czy trzech automatycznych obrabiarek, które zamierzano wymienić na nowe. W pewnym momencie Goy pokazał swój długopis – Gopen. Choć wyprodukowany ponad 10 lat wcześniej, nadal sprawował się doskonale. Niemcy bardzo zainteresowali się jego historią. Goy, nie chcąc wdawać się w szczegóły, wyjął z aktówki maszynopis i wręczył go im. Przedstawiciele firmy Schneider jak również Faber-Castell, którzy także byli na spotkaniu, uważnie przestudiowali go. Perspektywa niepłacenia tantiem firmie Biropatente ze Szwajcarii bardzo ich zainteresowała. Przedstawili Goya redaktorowi naczelnemu pisma branżowego „Fachzeitung Papier”. Dziennikarz przeprowadził z nim wywiad, który wkrótce został opublikowany.

Po powrocie z Niemiec Goy udał się do Géza László, by dowiedzie się, czy podjęto jakieś decyzje w sprawie dostarczenia dokumentów firmie Faber-Castell. Géza stwierdził, że jeszcze nie podjęto ostatecznej decyzji, ale odpowiedzialni za tę sprawę decydenci chcieli się z nim spotkać, by ostatecznie wyjaśnić wszelkie wątpliwości. Przedstawiciel ministerstwa Gábor Ürmösi oznajmił, że skoro Faber-Castell jest już zaangażowany w tę sprawę, to dobrze by było, by prawnicy i doradcy tej firmy dokładnie zbadali dokumenty. Gdyby doszło do porozumienia i firma ta uznałaby, że rząd węgierski również ma podstawy do wytoczenia procesu firmie Biropatente, to dalsze decyzje i koszty związane z procesem sądowym zostałyby pokryte przez rząd węgierski. Ürmösi dodał, że powodem mógłby być Géza László – dyrektor państwowego biura patentowego. Prawnik Goya miał odmienne zdanie. Uważał, że to Goy powinien by powodem. Wobec tego, że nie doszło do porozumienia, postanowiono, że Goy wraz z Ürmösi pojadą do firmy Faber-Castell, by tam uzyskać dodatkowe informacje i opinię tej firmy.

Szefowie Faber-Castell zaproponowali swojego prawnika i skierowali do niego obu gości. Po zapoznaniu się z dokumentacją stwierdził, że jest to bardzo trudny przypadek, i że nie może od razu podjąć się tej sprawy. Po powrocie Węgrzy nadal zastanawiali się nad swoimi szansami. Węgierscy prawnicy rozważali różne scenariusze, ale i oni nie mogli dojść do wspólnego stanowiska. Wkrótce jednak przyszła informacja, że prawnik firmy Faber-Castell podejmie się zadania. Węgierskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych postanowiło, że powodem będzie węgierski Urząd Patentowy, na który Goy sceduje swoje prawa. Podział ewentualnych zysków miał być w proporcji 70% dla Goya, 30% – dla państwa. Było to tylko z pozoru korzystne dla Goya, bo swoją część miał otrzymać w forintach po bardzo niekorzystnym przeliczniku. Natomiast rząd węgierski tylko dlatego zaangażował się w ten proces, bo spodziewał się zysków w twardej walucie, której mu, podobnie jak i pozostałym krajom socjalistycznym, zawsze brakowało.

W końcu w 1959roku oddano do użytku nowy budynek, w którym spółdzielnia produkcyjna mogła rozpocząć produkcję. Firma Schneider dostarczyła nowoczesny sprzęt. Z innego źródła pozyskano tusz, który okazał się być doskonały pod każdym względem. I tak rozpoczęła się produkcja nowoczesnego węgierskiego długopisu. Inwestycja, jak na tamte czasy, była ogromna. Wydano 1 milion forintów. Káldori pragnął jak najszybciej odzyskać zainwestowane pieniądze. Długopis kosztował 18 forintów, mniej niż dobrej jakości importowany ołówek. Na Węgrzech sprzedawał się doskonale, ale Káldori chciał go eksportować . W związku z tym wystosował pismo do Miksa Aknai, budapeszteńskiego przedstawiciela Henry George Martina właściciela marki „Biro”, w celu uzyskania pozwolenia na sprzedaż tego długopisu i ustalenie wysokości płaconych tantiem. Goy był bardzo zdumiony takim takim postępowaniem, bo w Norymberdze wszczęto właśnie postępowanie przeciwko firmie Biropatente.

Zgodnie z przewidywaniami firma Biropatente wygrała proces. Dysponowała wielkimi pieniędzmi i doskonałymi prawnikami. Nawet próbowała przekupić Goya, oferując mu 200.000 marek. On jednak odrzucił tę propozycję. Z kolei firma Schneider proponowała mu przeniesienie się do Niemiec, zapewniała mu mieszkanie i stanowisko pracy. Miałby być tam odpowiedzialny za wprowadzenie do produkcji nowego długopisu. Jednak i tym razem Goy odmówił. Najlepiej czuł się na Węgrzech. Ostatecznym wynikiem procesu z firmą Biropatente było to, że Węgry zostały zwolnione, jako jedyny kraj, z płacenia tantiem za sprzedawane długopisy. Gdyby nie kontrakt Goya z Bíró, to i tego ustępstwa by nie było. Pomimo tej niewątpliwej korzyści rząd węgierski nie czuł się zobowiązany, by wypłacać Goyowi tantiemy, jakiekolwiek, nawet najmniejsze. W zamian przyznał mu comiesięczną premię w wysokości 2000 forintów, które były odpowiednikiem skromnego wynagrodzenia na Węgrzech.

Żródło: Ballpoint – György Moldova, New Europe Books, 2012.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s