Bíró w Argentynie

W sierpniu 1940 roku Bíró i Meyne przypłynęli do Argentyny do Buenos Aires. Pierwsze spotkanie z Marią Pogány, która teraz była już Marią Láng, i jej mężem nie było zbyt obiecujące dla obu stron. Małżeństwo Láng było rozczarowane tym, że Bíró nie przywiózł ze sobą praktycznie nic poza swoimi projektami i patentami. Zainwestowali tyle pieniędzy i wydawało się im, że na próżno. Tym bardziej było to dla nich rozczarowujące, bo byli praktycznie na krawędzi bankructwa i inwestycja w długopis była ich ostatnią deską ratunku. Z drugiej strony Bíró poczuł się urażony tym, że na jego laboratorium przeznaczono domową łazienkę. Stwierdził, że w takich warunkach nie będzie pracować. Wobec tak stanowczej postawy Láng obiecał znalezienie większego pomieszczenia i słowa dotrzymał.

Jednak małżeństwo Láng nie chciało zgodzić się na rozpoczęcie prac, dopóki nie zostanie ostatecznie wyjaśniona sprawa własności patentu na długopis. Okazało się, że porozumień, jakie Bíró podpisał z Goyem i Bouchonnet, nie da się zakwestionować. Natomiast, co do prawa do patentu na terenie Ameryki Południowej, to tu nie było wątpliwości. I ten fakt był podstawą do powstania firmy Biro South America Ltd. Miała ona jeden cel: sprzedać patent na długopis. Maria Láng zaproponowała podział udziałów po 1/3 dla niej, 1/3 dla jej męża i 1/3 dla Bíró. Ten ostatni był bardzo rozczarowany, bo spodziewał się podziału po połowie. Długo wahał się, ale Maria Láng zaproponowała, że wezmą na siebie odpowiedzialność za sprowadzenie jego rodziny do Argentyny. Ten argument przeważył i zgodził się on na taki podział.

Po dojściu do porozumienia w sprawie udziałów, Bíró zabrał się do pracy już w nowym obszernym pomieszczeniu. W ciągu kilku tygodni zaprojektował tokarkę, która miała z wielką precyzją produkować końcówki długopisów. Było to o tyle istotne, że w nich właśnie miały być umieszczane kulki piszące. Jednak od pomysłu do przemysłu droga daleka, szczególnie w Ameryce Południowej. Argentyńscy technicy podjęli się zadania, ale duch „mañana, mañana” przeważył. Láng zaproponował niemieckiego technika jako bardziej odpowiedzialnego, ale i on nasiąknął już lokalną atmosferą. Upłynęło parę miesięcy zanim wykonał zadanie.

Podczas tego oczekiwania na tokarkę Bíró zorganizował laboratorium chemiczne, w którym pracował nad formułą tuszu. Początkowo regularnie otrzymywał nowe rozwiązania od brata, ale okazało się, że nic z tego nie wychodzi. Powoli tracił wiarę w jego możliwości. W końcu sam zaczął szukać rozwiązania i skierował swą uwagę na związki glikolu, które w późniejszym okresie rzeczywiście stały się składnikiem tuszu.

Do końca 1940 roku Bíró intensywnie pracował, ale nie odnotował widocznego postępu. W styczniu 1941 roku Láng zaprosił go do swojego biura i oświadczył, że nie jest w stanie finansować dalszych prac nad długopisem. Wydawało się, że wszystko się kończy, bo nie było pieniędzy na wypłaty dla robotników. A bez nich nie było możliwości kontynuowania prac. Za radą Meyne postanowił ich spytać, a było ich w sumie 44, czy zgodziliby się pracować przez miesiąc z odroczonym wynagrodzeniem. Wszyscy zgodzili się i w ciągu trzech tygodni od tego momentu został wyprodukowany pierwszy rynkowy model długopisu. Argentyńska firma Wolf and Partners miała zająć się marketingiem i dystrybucją.

Ten pierwszy długopis nazwano „Eterpen”. Był to skrót od „eternal life”. Ogłoszenia w gazetach przedstawiały go ze skrzydłami po obu stronach. Miało to sugerować, że można go używać zarówno na ziemi jak i w powietrzu. Było to o tyle istotne, że w Argentynie, ze względu na obszar, lotnictwo rozwijało się dynamicznie. Pióra wieczne, z powodu różnic ciśnienia na ziemi i w samolocie, nie sprawdzały się. Nie było więc w tym nic dziwnego, że to właśnie linie lotnicze były najbardziej zainteresowane nowym instrumentem. Pierwsze hasło reklamowe brzmiało: „Eterpen to dwa w jednym, długopis i ołówek”. Była w tym pewna przesada, na co również i Bíró zwracał uwagę. Miał on pełną świadomość, że ta pierwsza partia długopisów, która trafiła na rynek, nie była idealna. Jej popularność i szybka sprzedaż wynikała z tego, że była to absolutna nowość na rynku. Bíró nie miał złudzeń, że jest to ciągle etap eksperymentalny, i że sprzedaż wkrótce spadnie. Nadal jednak wierzył, że długopis może zastąpić tradycyjne instrumenty piśmienne.

Latem 1941 roku sytuacja na Węgrzech stawała się coraz bardziej poważna. W czerwcu tego roku Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Węgry opowiedziały się po stronie Niemiec a wojska węgierskie rozpoczęły walkę na froncie wschodnim. Sytuacja Żydów węgierskich pogarszała się. Bíró coraz bardziej niepokoił się o swoją rodzinę i w związku z tym zwrócił się do Langa z prośbą o wypełnienie uprzednio złożonego zobowiązania sprowadzenia jego rodziny do Argentyny. Małżeństwo Láng, wobec faktu, że wyprodukowanie i wprowadzenie na rynek długopisu stało się faktem, zażądało za tę przysługę połowy udziałów Bíró, a więc połowy z 1/3 czyli 16,5%. Nie miał wyjścia. Zresztą jak później napisał, był to jego najlepszy interes w życiu. Bo w zamian za liczby na papierze i spodziewane przyszłe zyski, prawdziwe czy wyimaginowane, uratował życie najbliższych mu osób. Samo załatwienie sprawy od strony finansowej nie rozwiązywało jeszcze problemu. Argentyna nie zezwalała na osiedlanie się osobom, których rodzina mieszkająca w Argentynie nie miała argentyńskiego obywatelstwa. Tak więc Bíró, za radą generała Justo, zrzekł się obywatelstwa węgierskiego i przyjął argentyńskie. I tym sposobem jego rodzina uzyskała pozwolenie na wjazd do Argentyny.

Kiedy więc rodzina Bíró, wraz z jego starszym bratem, pojawiła się w Argentynie, mógł on przekazać mu prace nad formułą tuszu. Sam zaś skoncentrował się na problemach mechanicznych. Za radą Meyne otwarto w centrum Buenos Aires biuro serwisowe. Chcąc nie chcąc sugerowało to, że produkt nie jest jeszcze dopracowany i dalsze prace badawcze są niezbędne.

Wśród sprzedawanych długopisów pojawiało się wiele wadliwych. Początkowo Bíró nie mógł zrozumieć dlaczego. Chociaż wszystkie wyprodukowano według tej samej technologii, niektóre pisały doskonale, a inne – nie. Przeanalizował dokładnie projekt długopisu. Pierwszym elementem, który poddał badaniu były kulki piszące. Miały one średnicę 1 milimetra. Były dostarczane przez renomowaną szwedzką firmę SKF, która gwarantowała jakość swoich wyrobów. Jednak Bíró był nieufny i zaczął mierzyć poszczególne kulki. Do tego był niezbędny instrument, którego dokładność dochodziła do 1/1000 milimetra. Zmierzył ich kilka tuzinów i okazało się, że niektóre są idealnie kuliste, ale spora część była lekko odkształcona. Następnie włożył jedną z idealnych kulek do jednego długopisu, a zniekształconą – do drugiego. I okazało się, że tam gdzie kulka była idealnie kulista, długopis pisał doskonale. W drugim przypadku długopis przerywał lub wylewał tusz.

Wobec takiego obrotu sprawy złożył reklamację do firmy SKF. Szwedzi obiecali wysłać swoich specjalistów do fabryki. Gdy po paru tygodniach podróży przybyli, to po wykonaniu odpowiednich testów, uznali reklamację. Stwierdzili tylko, że nikt z dotychczasowych klientów nie żądał tak małych i z taką precyzją wykonanych kulek. Żeby jednak zachować dobre imię firmy obiecali zmienić technologię ich produkcji. I słowa dotrzymali. Po paru miesiącach przyszła nowa partia. Ich jakość była zdecydowanie lepsza. 90% tych kulek okazała się być wykonana perfekcyjnie.

Do testowania nowych długopisów Bíró wykorzystał stary adapter do płyt gramofonowych. Na obrotowej tarczy umieścił papier a w ramieniu z igłą, zamiast niej, umocował długopis. Na obracającej się tarczy zostawiał on ślad. Można było w ten sposób mechanicznie sprawdzać jakość pisania długopisów. Od czasu do czasu trzeba było przerywać testowanie, by przepchnąć tusz w kierunku kulki. Odbywało się to przy pomocy tłoczka. Któregoś razu po napełnieniu wkładu tuszem, umieścił nabój w długopisie, ale bez tłoczka. Zorientował się dopiero pod koniec dnia, ale postanowił nie wracać do pomieszczenia, w którym testowano długopisy. Następnego dnia, gdy poszedł zmienić ten nabój, zauważył że pozostawiał on ciągłą linię na papierze. Ku jego zdumieniu cały tusz w naboju został zużyty.

Bíró był zaszokowany. Od czterech lat eksperymentował z długopisem. W tym czasie cały czas koncentrował się na samej kulce i na formule tuszu. Obecność tłoczka popychającego tusz uważał za rzecz oczywistą. Nawet mu nie przyszło na myśl, że można się bez niego obejść. To był czysty przypadek, jakże często towarzyszący wielkim odkryciom. Uświadomił on mu, że długopis może działać bez tłoczka i z otwartym od góry nabojem. “Z odkryciami tak już bywa: ci, którzy szukają dowodów, nigdy ich nie znajdują, a ci, którzy ich nie szukają, znajdują je i zostają uznani za odkrywców.” – N.N. Taleb – Czarny łabędź.

Ten przypadek skłonił go do bliższego przyjrzenia się działaniu zjawiska przyciągania kapilarnego. Wypełniał rurki o różnej średnicy płynami o różnej lepkości. Jeśli odpowiedni płyn wleje się do rurki o odpowiedniej średnicy i jeden jej koniec zamknie, to utworzy się syfon podobny do tego w pipetach laboratoryjnych. Cechą charakterystyczną takiej rurki będzie to, że ciśnienie atmosferyczne nie pozwoli na wylanie cieczy na otwartej końcówce.

Tę opisaną powyżej zasadę przyciągania kapilarnego starał się wykorzystać w konstrukcji długopisu. Nie było to jednak takie proste, bo pisząca końcówka długopisu powinna być „zapieczętowana”, uniemożliwiając od tej strony dopływ powietrza. Dopiero w takich warunkach zadziałałoby przyciąganie kapilarne. Trudność polegała na tym, że pomiędzy kulką a gniazdem utrzymującym tę kulkę na czubku, powinna być niewielka luka niezbędna do tego, by kulka obracała się. Musiało upłynąć jeszcze parę miesięcy eksperymentów, zanim odkrył, że tusz powinien mieć odpowiednią lepkość i napięcie powierzchniowe, które nie osłabiałyby obrotu kulki, a jednocześnie odcinały dostęp powietrza do wnętrza gniazda kulki.

Długopis, który powstał wyniku tych wszystkich eksperymentów i modyfikacji, był zupełnie innym instrumentem od tego, który został po raz pierwszy opatentowany przez Bíró w 1938 roku. To był już długopis, który mógł zaspokoić wymagania klientów, ale który też wymagał ochrony patentowej we wszystkich krajach, w których był potencjalny rynek. To pociągało za sobą ogromne koszty, którym małżeństwo Lang nie było w stanie sprostać. Do tego był niezbędny kolejny wspólnik. Meyne był tym, który mógł takiego wyszukać. Były oficer węgierskiej husarii zdołał już sobie wyrobić grono szacownych znajomych w Buenos Aires. Był m.in. instruktorem jeździectwa w najbardziej prestiżowym klubie jeździeckim El Caballero. Jednym z jego uczniów był Leon Hartung dyrektor argentyńskiego oddziału firmy Philips.

Meyne był już na tyle zaznajomiony z technicznymi i handlowymi zagadnieniami związanymi z długopisem, że był w stanie przekonać Hartunga do inwestycji w zamian za wyłączne prawa na terenie Ameryki Południowej. Niewielka pomoc finansowa z jego strony umożliwiała dalsze ulepszanie długopisu. Bíró nieustannie pracował nad usprawnieniem jego działania. Opracował mechanizm wysuwu wkładu, który pierwotnie był unieruchomiony. Te poprawki spowodowały, że powstał długopis z przyciskowym mechanizmem wysuwu wkładu. A więc długopis taki, jakim znamy go obecnie. Jedno naciśnięcie kciukiem wysuwało wkład, drugie – wsuwało. Niestety to źródło finansowania zostało przerwane po zajęciu przez Niemcy Holandii. Przejęli oni kontrolę nad firmą Philips i nie byli zainteresowani kontynuowaniem prac nad doskonaleniem długopisu tylko produkcją na cele wojenne.

Sytuacja ponownie stawała się dramatyczna. Láng znowu oświadczył, że nie ma pieniędzy. Bíró z kolei ponownie proponował poprosić robotników o odroczenie płatności. Jednak Láng odrzucił tę propozycję twierdząc, że tym razem to nie pomoże, bo zaległości płatnicze dotyczą też kooperantów. A bez dostaw surowców nie można produkować. I znowu, jak poprzednio, Bíró oświadczył, że brakuje tylko kilku miesięcy, by długopis stał się sensacją na skalę międzynarodową. Wszystko wskazywało na to, że sytuacja jest bez wyjścia. A jednak! I tym razem węgierski husar okazał się zbawieniem.

Meyne stwierdził, że nadszedł czas, by rozpocząć masową akcję reklamową, taką której Argentyna jeszcze nie widziała. Plakaty reklamowe powinny być na każdym rogu ulicy. Láng stwierdził, że taka kampania reklamowa skierowana do klienta nie ma sensu, bo jest on zbyt ubogi, by masowo kupować drogi długopis. Jednak Meyne wyprowadził go z błędu. Reklama miała być skierowana do „rekinów finansjery”. I wytłumaczył dlaczego. Z powodu wojny wielki kapitał wycofał się z Europy, a argentyńska gospodarka była „przegrzana”. Argentyna dostarczała obu walczącym stronom zboża, mięsa, surowców mineralnych itp. Miała największe na świecie rezerwy walutowe i złota. A kapitał, jak to ujął Meyne, szuka miejsca „do pracy”. Pojawiła się jeszcze kwestia zapłaty za ogłoszenia, ale i na to miał on odpowiedź. Za tego typu reklamy płaci się w terminie 6 miesięcy. A to jest wystarczająco długi okres, by zwabić jakieś „rekiny”. Podobnie miało być z dostawcami surowców. Oni też, zwiedzeni potężną reklamą, sami się zgłoszą ze swoją ofertą. I tymi argumentami Meyne przekonał Langa, który stwierdził, że jakkolwiek niepewne jest to przedsięwzięcie, to i tak nie mają nic do stracenia.

Pozostała więc tylko jedna sprawa do ustalenia. Jak ma nazywać się nowy długopis? Bíró początkowo proponował tę samą nazwę, czyli „Eterpen”, ale Meyne stwierdził, że ze względu na jego dużą usterkowość, będzie się źle kojarzył. Zaproponował, żeby nowy długopis nazywał się „Biro”. Będzie się kojarzył z francuskim wyrazem „bureau”, który oznacza jednocześnie „biurko” i „biuro” – w sensie urzędu. Na to z kolei Bíró stwierdził, że nie byłoby to sprawiedliwe, bo bez jego pomocy siedziałby teraz w niemieckim więzieniu we Francji. Zaproponował, żeby długopis nazywał się „Biromeyne”. To za długa nazwa – stwierdził Meyne. Skoro ty zasługujesz na dwie sylaby – ciągnął Meyne – to ja tylko na jedną. A więc – „Birome”! I tak zostało.

Od następnego dnia Meyne przystąpił do działania. Odwiedził firmę El Globo, najbardziej znaną firmę reklamową w Buenos Aires. Jej właścicielka, Donna Maria Fulgencia, była oczarowana manierami byłego husara i od razu przystąpiła do realizacji kampanii promocyjnej. Wszystko odbyło się zgodnie z przewidywaniami Meyne. Dwustronicowe ogłoszenia pojawiły się w prasie. Informowały o tym, że pojawił się nowy, doskonale działający w każdych warunkach instrument piśmienny. Przedstawiciele radia i kronik filmowych odwiedzali siedzibę firmy. Na dowód jak bardzo solidny jest to instrument, rzucano długopisy w największe doliny, po ich korpusach jeździły autobusy. Wynajęte samoloty z wielkimi napisami „Birome” krążyły nad Buenos Aires.

Bíró był bardzo sceptycznie nastawiony do tak dynamicznej kampanii reklamowej. Obawiał się porażki. Jednak Meyne powiedział: „Jeśli mamy przegrać, to niech widzi to cały świat. Nie ma nic gorszego niż porażka w ukryciu.” Pierwsi na reklamę odpowiedzieli dostawcy, którzy niemal natychmiast dostarczyli niezbędne surowce. Produkcja ruszyła. Jednak wielki kapitał nie pojawiał się. Meyne zaczął z lekka denerwować się. Rozpoczęto prace nad nową kampanią reklamową. Po tygodniu zadzwonił telefon. Sekretarka jednej z największych instytucji finansowych w Argentynie, Banku Londyńskiego, oznajmiła, że Henry George Martin, przewodniczący rady nadzorczej, zaprasza Biro, Meyne i małżeństwo Láng do swego biura na godzinę 10-tą następnego dnia.

Jak nietrudno domyślić się, rozmowę z Martinem w imieniu wszystkich udziałowców prowadził Meyne. Bankowiec przyznał, że uprzednio sprawdzili, że są oni właścicielami 100% akcji. Meyne przyznał mu rację, ale stwierdził, że już otrzymali oferty kupna części akcji, i że wybiorą najbardziej korzystną. Martin wyraził nadzieję, że jego propozycja okaże się najlepsza. Zaproponował zakup 51% akcji firmy za 65.000 dolarów tj. 325.000 peso. Meyne odpowiedział, że oferta jest bardzo korzystna, ale chciałby dać szansę pozostałym oferentom i poprosił o 48 godzin do namysłu. Po opuszczeniu biura Maria Láng ostro zaatakowała Meyne, zarzucając mu, że nie zaakceptował pierwszej propozycji, i że jak Martin wycofa się, to nie pozostanie im nic innego jak tylko ogłosić bankructwo. Meyne spokojnie wytłumaczył, że kwota 65.000 dolarów nie jest okrągła i sugeruje, że jest on gotowy podwyższyć swoją ofertę. I tak się stało. Martin zaproponował 75.000 dolarów czyli 375.000 peso.

Za tę kwotę Martin zakupił prawo do 51% akcji z opcją ich wykupu w przeciągu 1 roku. Zrobił to wcześniej, gdy akcje te były warte 1 milion peso. Małżeństwo Láng zwołało posiedzenie wspólników posiadających 49% udziałów i Maria Láng zaproponowała, by część z nich przypadła jej mężowi. Chodziło oczywiście o udziały Bíró. Wspomniała, że gdyby nie wsparcie finansowe jej męża, to długopis nigdy nie ujrzałby światła dziennego. Ponadto dodała, że bez pomocy jej męża Bíró i jego rodzina nigdy nie trafiłaby do Argentyny. Biró przedyskutował ten problem ze swoimi najbliższymi współpracownikami tj. ze swoim bratem i z Meyne. Uznali, że dalsze kłótnie i targi nie mają sensu. Tak więc Bíró zgodził się na odstąpienie połowy swoich udziałów na rzecz Lajosa Lánga. Z 16,5% zrobiło się 8,25%!

Długopis „Birome”, dzięki wszechobecnej reklamie, sprzedawał się doskonale. Za taki egzemplarz platerowany złotem, z przyciskowym mechanizmem wysuwu wkładu klienci byli skłonni zapłacić 18 dolarów. Nie bez znaczenia był fakt, że Amerykanie zakupili dla swojego lotnictwa 20.000 sztuk. Martin, będący obecnie w posiadaniu 51% akcji, przystąpił do działania. Ze względu na mniejsze podatki w Urugwaju utworzył w Montevideo firmę Fomento. Postanowił też zabezpieczyć swoje interesy w Ameryce Północnej poprzez zarejestrowanie tam patentu. Przystąpił również do rozmów z wieloma firmami z branży. I wkrótce przyniosło to efekty. Zadzwonił do niego dyrektor Eversharp Company, jednej z czterech największych firm w tej branży w Ameryce. Chciał z nim rozmawiać o warunkach zakupu praw do sprzedaży długopisu na terenie Stanów Zjednoczonych. W firmie jednomyślnie uznano, że osobą, która uda się na te rozmowy będzie Martin. Zastanawiano się, za ile można odsprzedać te prawa. Rozważano czy kwota pół miliona dolarów jest odpowiednia. Jedni uważali, że jest za wysoka, inni – że za niska. Ostatecznie ustalono, że Martin podejmie decyzję podczas rozmów. Prowadził on je z wiceprezydentem Eversharp Company. Po kilku dniach poinformował swoich partnerów w Argentynie, że zgodził się na 2 miliony dolarów za wyłączne prawa do produkcji i sprzedaży długopisu na terenie USA, Kanady i Puerto Rico. To przeszło ich najśmielsze oczekiwania. A Bíró miał świadomość, że jemu przypadną tylko resztki z tej ogromnej sumy.

Kiedy zostały pokonane wszelki trudności technologiczne, produkcja długopisu ruszyła pełną parą. Teraz inne problemy były do rozwiązania. Jak zorganizować wielkoskalową produkcję? Do tego potrzebni byli zupełnie inni ludzie. Bíró nie miał do tego żadnych predyspozycji, zwłaszcza że utrzymywał z robotnikami przyjacielskie stosunki. Ustąpił ze stanowiska dobrowolnie. Zastąpił go inżynier ze Szwajcarii. Bíró powrócił do swej dawno porzuconej pasji – malarstwa. To była pierwsza połowa lat 50-tych. Bíró miał jeszcze akcje firmy, ale Maria Láng, wkrótce po śmierci swego męża, podstępnie weszła w ich posiadanie. Wkrótce i ona zmarła, a cały majątek przekazała swojemu synowi z pierwszego małżeństwa.

Źródło: György Moldova – Ballpoint, New Europe Books, 2012.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s